poniedziałek, 9 grudnia 2013

6.

Jedzenie to 70% sukcesu w odchudzaniu. To wie prawie każdy kto wkroczył na ścieżkę "chcę się zmienić".
Dla mnie nie jest trudno zdrowo się odżywiać. O prawidłowym odżywianiu wiem nawet za dużo. Jest jedna rzecz nad którą nie umiem zapanować. Trudno mi jest nie podjadać. Ostatnio coś się zmieniło, odrobinę jednak trudno jest z tym zerwać, ojjj trudno ale się da. Mi powoli się udaje. Dlatego piszę, żeby te trudne momenty zabić.
Co robić żeby nie podjadać? Ja mam kilka pomysłów. Takich najprostszych, bez specjalnych wyrzeczeń i chodzenia głodnym. Niestety nie zawsze udaje mi się je zastosować. Nie zmienia to faktu, że obrałam zdrowszą wersję samej siebie i się jej trzymam. Być może komuś pomoże to co wyczytałam, wymyśliłam. Zapraszam też do podzielenia się swoimi pomysłami.
Przede wszystkim trzeba zacząć od podstaw czyli samego siebie. Co chcemy osiągnąć, czy to co chcemy jest realne? Osobiście uważam, że jeśli ktoś uważa, że jest za gruby, nawet wyglądając względnie normalnie dla otoczenia to powinien coś zmienić. Prawdę pisząc sami najlepiej znamy nasze ciało i naszą psyche. Jeśli źle się ze sobą czujemy, a zrzucenie tych kilku kilogramów nie zrobi krzywdy naszemu organizmowi to powinniśmy się odchudzić. Dla samych siebie. Może niekoniecznie gubić kilogramy ale zamienić tłuszcz z organizmu na mięśnie dzięki czemu ciało będzie wyglądać lepiej. Zresztą ja jestem fanką zamieniania tłuszczu na mięśnie. U osób grubszych też. Mięśnie są fajne i spalają więcej zjedzonego jedzenia! No to jak już wiemy czego chcemy wtedy łatwiej samym nam decydować co dalej z tym zrobić. Niektórym wystarczy jak opowiedzą o tym znajomym/rodzinie. U mnie niestety to tak samo jak postanowienie noworoczne wywoływało wstyd. Teraz nie powiedziałam nikomu, nie zarzekałam się. Ściągnęłam aplikację liczącą kalorie, ale również ruch "Shape up". Zresztą bardzo fajną, polecam. I spytałam się koleżanki z którą rozmawiałam kilka dni wcześniej o odchudzaniu czy nie chciałaby się ze mną odchudzać. Chciała. Założyłyśmy grupę na Fb i motywujemy się, wspieramy. Codziennie opisujemy co ćwiczyłyśmy, co jadłyśmy. Co tydzień w poniedziałek ważymy się i piszemy co wyszło. Jej lepiej idzie z jedzeniem, mi z ćwiczeniami. Równoważymy się. Ja ją motywuję do ruchu, Ona mnie do wytrwania w jedzeniu! Super! Tylko trzeba sobie dobrać odpowiednią osobę, która naprawdę chce schudnąć.
Po drugie - kochaj to co jesz. Naucz się odczuwać głód. Niech każdy posiłek będzie wyjątkowy i pyszny. Jak się je bardzo dużo to jedzenie przestaje sprawiać przyjemność. Raczej jest zapychaniem brzucha. Wtedy chętniej się je niezdrowe rzeczy. Jakoś łatwiej się je je.
Po trzecie - jedz regularnie.
Po czwarte - to podpowiedział mi mój brat. Czasami nie ma szans musisz coś podjeść, albo zjesz tyle, że pękasz. Idź wieczorem na naprawdę ciężki trening. Daj z siebie więcej niż normalnie, ćwicz dłużej i mocniej!
 
Powodzenia

piątek, 6 grudnia 2013

5

"Falowanie i spadanie, falowanie i spadanie ruch magnetyczny ruch..."

Rozchorowałam się. Rozchorowałam się podle i w całej okazałości. Prycham, chrycham i siorbię nosem. To fizycznie. Psychicznie też się rozchorowałam. Ta choroba psychiczna zaczęła się jeszcze przed fizyczną. Może ta fizyczna to trochę kara za tą psychiczną niezdarność? Bo mi się nic mi się nie chce. Nic mi się nie chce wiec żeby coś robić jem. Ale nie jest to głód tylko znudzone łakomstwo. Straszny stan z którym nie umiem sobie poradzić. A jak nie umiem to poddaję się i jem zdecydowanie za dużo. Czuję się napuchnięta i nieatrakcyjna. Waga pokazała +2 kg, i ja je czuję. Zwłaszcza na brzuchu i twarzy. Znacie to uczucie? Mam nadzieję, że nie. Mało piję, dużo jem. Tyję, puchnę w tempie zastraszającym. Ale mówię temu głośne i zdecydowane nie. Wracam do gry! Na znak protestu i lepszych sił pomalowałam sobie paznokcie. Jestem ostatnio fanką różnokolorowych. Dzisiaj pierwsze moje takie "szaleństwo" chociaż nie jest ono zbyt duże, za to moje paznokcie są niebieskie i szare. Podobają mi się. A jutro mimo choroby idę na mój ukochany crossfit. Spalę/wypalę co tylko da się wypalić. I może nawet na spacer i łyżwy. Ale dzisiaj jeszcze sobie pochoruję żeby się podleczyć. Chorować też czasami trzeba!

środa, 27 listopada 2013

4.

Zima! Nareszcie przyszła i do mnie. A co tam! Skoro musiała to trzeba ją gorąco powitać. Może dzięki temu sobie pójdzie. A na razie w skrytości ducha podziwiam ją. Tak cicho i spokojnie jak tylko mogę. Już po samym powietrzu widać w nim mróz. Może jeszcze nie trzaskający ale krystaliczny. I te drzewa, i trawy, i samochody skute ulotną, jeszcze krótkotrwałą bielą. Ale tak naprawdę to nie wiecie, że mnie ta dzisiejsza pogoda ucieszyła o tyle, że mogłam przetestować swoją nową zimową kurtkę. Spisała się znakomicie więc i mój humor od razu jest lepszy.

Muszę to dodać. Wszystko to z mojego egoistycznego, własnego punktu widzenia. Mnie to cieszy, bo mam gdzie wracać. Nawet jakby moja kurtka nie zdała egzaminu to w domu mogę napić się ciepłej herbaty czy zakopać się pod miłym kocem. Wiem, że rzeczywistość jest inna. Próbuję na nią zamykać oczy i wiecie co? Nie zawsze potrafię. Jako, że dziś jest środa, a w środy są o połowę tańsze bilety do kina Cinema City to postanowiłam się wybrać. (Z przyjemnością napisałabym co myślę o współczesnym kinie ale obiecałam sobie, że nie będę robić dygresji). Wychodząc spotkałam bezdomnego. Przynajmniej tak mówił. Nie mi to roztrząsać. Dałam mu wszystkie drobne jakie miałam (prawdę powiedziawszy tylko drobne miałam). Nie miałam sił go słuchać, najpewniej wiem skąd przyszedł. Wiem, że są ośrodki dla bezdomnych jednak... ja rozumiem, że słabość do alkoholu może być silniejsza niż cokolwiek innego. Nie mając nadziei chyba trzeba jakoś się chwytać kolorów. Ja nie mam tym ludziom nic lepszego do zaoferowania. Piszę o tym, bo mężczyzna ten wyciągając rękę mówił, że to na jedzenie, bo jest taki głodny a przed nim jeszcze zimna noc. Faktycznie nie było od niego czuć alkoholu. Bezdomność jest jak złamane życie. Złamane, bo już nie ma wiary w powodzenie.

poniedziałek, 25 listopada 2013

3.

Wspaniała sobota, długa, leniwa, lekko szalona. Zacznijmy od tego, że lubię jesienne mgły. Świat otoczony nimi jest tak niezwykle, niecodziennie delikatny, subtelny, tajemniczy i piękny. Osobiście uważam, że dobrze czasami zmienić perspektywę a ta zamglona jest doskonała do takich krótkich zmian i odświeżenia spojrzenia na niektóre rzeczy. I przyznając się zupełnie szczerze, kiedy ogarnia mnie leń nad lenie, a jedyna aktywność na jaką mam ochotę to czytanie książek, jesienna mgła już w dziennych godzinach daje dobre usprawiedliwienie do tego. Świat się leni a wraz z nim ja. Co prawda akurat w sobotę się nie leniłam. Wpierw crossfitowe szaleństwo (biję kolejne rekordy, głównie swoje co sprawia, że jestem z siebie dumna i chcę więcej, chcę być jeszcze lepsza!), później szaleństwo zakupowe. Nieodmiennie nachodzi mnie pytanie - dlaczego ja zawsze wybieram najdziwaczniejsze buty z kolekcji? Następnie słodkie obżarstwo - makaron (nie, żeby nie było tak źle - razowy penne z warzywami) oraz sałata z soczewicą (doskonały pomysł, jak mogłam wcześniej na to nie wpaść!) w przepysznej restauracji, w której znam właściciela i wiem jak dobrych produktów używa (jak na standardy knajpowe napisałabym, że zdecydowanie zbyt dobrych ale korzystam z tego bezlitośnie). A później wieczorne odwiedziny z babeczką kajmakową i wytrawnym szampanem w tle. To taki dzień kiedy sobie myślę, że to takie szczęście być mną! Nieprzyzwoite :)

czwartek, 21 listopada 2013

2.

Ponieważ ostatnio mam trochę więcej czasu lubię spożytkowywać go na modny ostatnio slow life. Lubię się nie spieszyć i mocno przeżywać każdą chwilę. Być w niej i cieszyć się nią, rozkoszować każdą jej sekundą. Lubię też jeść smacznie i zdrowo. Sprawia mi przyjemność podejmowanie decyzji o tym co zjem. Lubię też przekonywać siebie, że zostanie w domu niczego nie zmieni, że niewiele zrobię w te dwie godziny, lub jak czasu jest mniej to godzinę. A na siłowni, czy też raczej CrossFicie lubię dawać z siebie wszystko a jak się da to jeszcze trochę więcej.  Ja się nie cieszę na niezwykle modne i nadużywane ostatnio "endorfinki". Prawdę mówiąc zjedzenie czekolady też je wyzwala. Czy wy też je lubicie?
W każdym bądź razie wracając do jedzenia to lubię jedzeniową klasykę. Typowe śniadania są super i naprawdę nic nie trzeba do nich dodawać - jajecznica, jajko na miękko, omlet, owsianka, twarożek, kanapki a do tego mocna kawa. Ale czasami wolę coś innego. Croissant z masłem obowiązkowo z cafee latte. Sobotnie poranki zapraszają do takiej rozpusty. Albo lekka zmiana klasycznej kanapki. Grahamka wysmarowana awokado a na niej najróżniejsze dodatki - sałata, oliwki (koniecznie czarne i zielone), pomidor, papryka, natka. Mniaaam

wtorek, 19 listopada 2013

1.

Liście spadające z drzew przynoszą ze sobą zmiany. Lubię o nich myśleć, że zabierają nasze obietnice i przekazują je światu. Temu obecnemu i przyszłemu. Jednocześnie pozwalają składać nowe zobowiązania. A nadchodzące długie wieczory to doskonały czas żeby im się przyjrzeć i uczynić realnymi. Ten czas kiedy kolory nie rozpraszają naszych myśli daje wytchnienie. Zresztą ten czas łatwo uczynić bardzo przyjemnym i wręcz wyczekiwanym. Wbrew wszystkiemu i wszystkim! Ja lubię ciepłe światło z którym mi się kojarzy. Zimą/późną jesienią w moim domu królują świeczki, które są wszędzie, nasycając wnętrze migotliwymi płomykami. Lubię zapachy mieszające się z nimi, unoszące się z wonnych kadzidełek i lubię spokój. Lubię też  te chłodne słoneczne dni, które są niezwykle kuszące. A pomimo że nie doskonałe w tym okresie słońca tak bardzo brakuje, że każda chwila z nim jest rozkoszna.
 
Ja tej jesieni złożyłam obietnicę szepcząc ją złotym liściom. (Nie pierwszą taką ale liczę, że już ostatnią). Myślę, że teraz jest to miejsce i ten czas żeby obietnica złożona złotym liściom, uniesiona wraz z nimi przez wiatr została zrealizowana. I głównie tym chciałabym się z Wami podzielić. To jest ten moment w którym na reszcie zrozumiałam, że życie nie polega na tym żeby siebie odkrywać. Życie polega na tym by uczynić z samego siebie tym kim chcielibyśmy być. Tutaj postanowiłam nadać tym zmianom imiona.

Ja walczę z wagą. Walczę z Nią od wielu lat, myślę, że ta walka jest już pełnoletnia. Miała różne chwile - lepsze, słabsze. Czasami była w zaniku, czasami byłam nią opętana. Jedno jest pewne od tej pełnoletności nie byłam zadowolona ze swojego ciała. Chciałabym to Wam przybliżyć, być może kogoś to zainteresuje a może pomoże?
Jako małe dziecko byłam chuda, wręcz przeraźliwie chuda. Później utyłam i tak zostało. W ostatnim czasie utyłam jeszcze bardziej. Moje BMI jest powyżej normy.  A to mi się nie podoba. Nie podoba mi się też to jak wyglądam i to, że jest to taka idea fix nad którą do tej pory nie miałam panowania. Nie zrozumcie mnie tylko źle. Nie jestem bardzo gruba, idąc mój brzuch nie kołysze się. Nie jestem też niesprawną pyzą. Co to to to nie. Całe życie coś trenowałam i składam się w dużej mierze z mięśni. Niestety na nich mam sporo tłuszczu, a do tego nie posiadam sylwetki smukłej trzcinki. Takiej sylwetki też nigdy nie będę posiadać, żałuję ale co zrobić. Mogę się uśmiechnąć więc się uśmiechać. Ale mogę być sobą, która się sobie podoba. Ćwiczę dużo ale dla mnie to nic trudnego chociaż tu jest taki problem, że łatwo się zniechęcam. Po jakimś czasie przestaję działać. 

Teraz jest już 3 tydzień takiej całkiem nowej mnie. Miewam załamania, miewam niepewności, ale nawet w tych chwilach wiem, że obecnie jestem dość silna by iść dalej i nie przejmować się drobnymi niepowodzeniami.